*RECENZJA* - Urban Scents Lullaby
Urban Scents Lullaby – kołysanka, która zamiast usypiać, budzi do życia
Macie swoją ulubioną kołysankę? Moją od zawsze była ta w wykonaniu The Cure. Okazuje się jednak, że świat ma zdecydowanego faworyta, jeśli chodzi o gatunek „lullaby” – Wiegenlied Johannesa Brahmsa. I właśnie ta melodia stała się inspiracją dla najnowszego zapachu niszowej marki Urban Scents.
Historia Lullaby jest zresztą znacznie ciekawsza niż zwykłe „perfumy inspirowane muzyką”. Brahms skomponował swoją słynną kołysankę w 1868 roku, a jej historia wiąże się z Berthą Faber, dawną miłością kompozytora. Pokolenia później muzyczna historia połączyła się z rodzinną historią twórców Urban Scents – Alexander Urban, założyciel marki, jest potomkiem Berthy. Razem z Marie Le Febvre, perfumiarką Urban Scents, postanowili więc nadać tej opowieści nową, zapachową formę.
I tak powstało Lullaby.
Kwiaty, czystość i bardzo pastelowy klimat
Premierowy zapach to kompozycja kwiatowa, której centrum stanowi róża z Grasse i neroli. Początek dodaje jej energii za sprawą bergamotki, pieprzu syczuańskiego, goździka i timuru, a baza opiera się na piżmie, skórze (tej ‘skin’, nie ‘leather’) i nutach czystości.
Na mojej skórze ten zapach ma w sobie trochę kwiaciarni, trochę dziecięcej czystości i bardzo pastelowy, osobisty vibe. Róża nie jest tu ciężka ani przesłodzona. Jest świeża, jasna i lekka, a towarzyszące jej piżmo dodatkowo wzmacnia wrażenie czystej skóry.
I właśnie ta czystość jest dla mnie jednym z najważniejszych elementów Lullaby. Zapach jest rześki, transparentny i bardzo nieobciążający. Zdecydowanie spodoba się fanom świeżej róży i białego piżma, a także tym, którzy raczej stronią od jedzeniowej, gourmandowej słodyczy.
Lullaby nie jest zapachem, który chce zdominować otoczenie. Trzyma się raczej blisko skóry, tworząc delikatną, intymną aurę. Nie oznacza to jednak, że szybko znika – jego trwałość oceniam bardzo dobrze. To raczej zapach, który trzeba podejść i poznać, niż taki, który sam ogłasza swoje przybycie całemu pomieszczeniu.
Kołysanka na… dobry początek dnia?
I tutaj dochodzimy do mojego małego problemu z nazwą.
Bo o ile pomysł na Lullaby, jego historia i muzyczna inspiracja są bardzo spójne, o tyle sam zapach wcale nie działa na mnie usypiająco. Wręcz przeciwnie.
Jest w nim coś, co kojarzy mi się bardziej z porannym przebudzeniem niż zasypianiem. Z czystą pościelą, świeżym powietrzem, pierwszym światłem wpadającym do pokoju. Z tym momentem, kiedy dzień dopiero się zaczyna.
Paradoksalnie więc Lullaby będzie dla mnie zapachem nie na dobranoc, ale na rozbudzenie i powitanie dnia.
Z drugiej strony sam pan Brahms mawiał, że skomponował Wiegenlied “for joyful use at all times’. Ja więc będę się nim rozkoszował o poranku
Premiera Lullaby odbędzie się 1 września czyli dziś.
Zapach: Urban Scenys Lullaby Wiegenlied
Premiera: 2026
Nos: Marie Le Febvre
Rodzina: kwiatowa
Nuty: bergamotka, pieprz syczuański, goździki (przyprawa), timur, róża z Grasse, neroli, piżmo, skóra (skin), nuty czystości
Trwałość i projekcja: dobra / umiarkowana
Dostępność: woda perfumowana o poj. 50 ml na www.urbanscents.de
#flakonPR




