*ULUBIEŃCY MIESIĄCA* - Best of February 2026
Luty był krótki i tak też go potraktuję – krótko!
Na szczęście szybko minął, a w swojej końcówce przyniósł niespotykanie piękną pogodę, która zresztą do dnia dzisiejszego nam towarzyszy.
Zaliczyłem trzy wystawy, choć tylko jedna tak naprawdę zrobiła na mnie wrażenie. „Częstochowa nieistniejąca” była ciekawym projektem przedstawiającym ryciny, projekty kamienic, rozwiązania urbanistyczne, które miały powstać, ale nigdy nie powstały. Bardzo fajna rzecz dla fanów architektury i planowania miejskiego. „Ciało” w Miejskiej Galerii Sztuki zupełnie nie zrobiło na mnie wrażenia. Przeleciałem wystawę w 10 minut, nic nie zatrzymało mojej uwagi. A na trzecią wybrałem się do Łodzi. Tytuł bardzo kusił. Wystawę Perfumeryzm udało mi się obejrzeć dosłownie w ostatniej minucie jej otwarcia. Chyba jej nie zrozumiałem. Wizja połączenia dzieł sztuki z ceramicznymi płytkami nasączonymi zapachami głównie z MSB nie uderzyła mnie swoją nowatorskością. Należę jednak do tych osób, które zwykle look on the bright side, dlatego też bardzo doceniłem miejsce, w której wystawa została zorganizowana. Mowa o Kamienicy Hilarego Majewskiego przy ul. Włókienniczej 11. Pan Hilary był czołowym architektem Łodzi w okresie jej bujnego rozwoju. Zaprojektował m.in. słynny Pałac Izraela Poznańskiego. Kamienica przy Włókienniczej została zrewitalizowana w 2023 roku i aktualnie prowadzona tam jest różnoraka działalność edukacyjno-kulturalna. Warto wpaść. Polecam.
W lutym nadal nie biegałem po perfumeriach, choć raz zrobiłem wyjątek i wszedłem powąchać najnowsza premierę marki Chloé ze jej egipskiej podlinii Nomade – Jardin d’Egypte. Poznałem też nową wersję Phantoma od Paco Rabanne, którego ozdobiono czerwienią. Przyleciał do mnie jako prezent walentynkowy, ale na dokładniejsze testy dopiero przyjdzie czas. Na polu kosmetycznym oprócz zaawansowanych testów w konkursie LCA, przypomniałem sobie energetyzujące działanie męskich kosmetyków L’Orèal Men Expert. Przyleciały do mnie w zapowiadającej wiosnę paczce PR.
A co po za tym? Piłem kawę z nowej filiżanki Rosenthala, którą nazwałem na swój własny użytek ‘minimal rococo’. W światowym dniu pizzy jadłem pizzę z podłogi, a w Tłusty Czwartek upolowałem tylko jednego pączka. I szczerze powiedziawszy szału nie było. Nie dla mnie te wszystkie nowoczesne wymysły typu pączek z pistacją…. Zakwitła mi ponownie cytryna, zafundowałem sobie masaż świecą, byłem na kameralnym, ale jakże świetnym koncercie Edyty Geppert. Uczyłem się też głębokiego relaksu z maską na oczach: raz odcinającą wszelkie światło, raz pachnącą lawendą. Oraz jadłem frytki z oscypka! Czego to ludzie nie wymyślą!
***
Zapach, któremu poświęciłem najwięcej uwagi w lutym trafił w moje ręce w postaci próbki w ramach konkursu Love Cosmetics Awards. Gdy przeczytałem, że jest zapachem o czystym, botanicznym składzie bez większych obaw przystąpiłem do testów. I rzeczywiście potraktował mnie bardzo łagodnie, ale i pięknie zarazem. Do tego stopnia, że już pod koniec miesiąca zostałem posiadaczem całego flakonu, który kupiłem na stronie producenta. Polecam Wam odwiedziny strony Panika Botanical – znajdziecie tam dużo fajnych informacji na temat perfum botanicznych i rzemieślniczych. Może zechcecie się też wybrać na jedne z organizowanych przez właścicielkę warsztatów zapachowych. Ale wróćmy do Patti Grain Classy. Czym mnie oczarowały? Miedzy innymi oryginalną, niesztampową nazwą. Szalenie podoba mi się też flakon zapachu. Niby bardzo prosty, a jednak robiący statement swoim przekalibrowanym drewnianym korkiem w kształcie idealnej kuli. Dodaje całości magicznego elementu, a ja uwielbiam się wpatrywać w jego drzewny wzór i dotykać jego idealnej gładzi. A sama kompozycja? Jest dla mnie niebywale ważna, bo pojawiła się w najlepszym możliwym momencie. To będzie zapach-symbol mojego powrotu do świata perfum po zimowym resecie. I w ogóle symbol wybudzenia z zimowego snu. Patti Grain Classy ma w sobie zapowiedź wiosny, a nawet i tego co po niej. Rozpoczyna się jeszcze chłodem przywołującym na myśl zmrożony drink z plastrem grejpfruta. Wyczuwam tu gorycz, zieleń i pudrowość, ale też nieśmiały ukłon w stronę słodyczy i kwiatowości. Zapach z czasem staje się coraz cieplejszy, w bazie muskając skórę duetem wanilii i tonki. Pięknie rozwija się na skórze, nie męczy, nie ciąży, nie obezwładnia tonami sztucznych utrwalaczy, które krzyczą taniością. Patti Grain Classy jest inna, ma… klasę i uważnie przemyślany temat cytrusowy. Kto jak kto, ale taki fan cytrusowości jak ja musiał to docenić.
W kwestii pielęgnacji twarzy nadal jestem pod dużym wrażeniem i wpływem K-beauty. W lutym w konkursowych testach odkryłem świetny peeling z esencją z białego ryżu, który to jest bardzo popularnym składnikiem tegorocznej edycji. Dr. Melaxin Peel Shot Exfoliating White Rice Ampoule złuszcza bardzo delikatnie, ale skutecznie. Ma postać białej płynnej emulsji, którą nakładamy na suchą skórę twarzy i wcieramy okrężnymi ruchami, aż poczujemy pod palcami wałeczki złuszczonego naskórka. Peeling zawiera ekstrakt z otrębów białego ryżu, kompleks delikatnych kwasów, nawilżający Pentavitin i uwielbiany przez k-beauty niacynamid. Peeling stosuję raz w tygodniu, wiosną może włączę go do mojej rutyny dwa razy w tygodniu. Jest szalenie delikatny. Po takim peelingu aż prosi się by uraczyć skórę sporą dawką pielęgnacji. Ja lubię się wtedy poobklejać płatkami kolagenowymi marki One –day’s you Help me! - Real Collagen Pad. To również produkt koreański, który stawia na działanie przeciwzmarszczkowe i rozjaśniające. Marka promuje proste, codzienne rozwiązania pielęgnacyjne przykładając dużą wagę do czystych, naturalnych składów swoich kosmetyków. W płatkach kolagenowych nawet ich różowy kolor został pozyskany w naturalny sposób z ekstraktów owocowych. Na koniec coś z rodzimego podwórka. Marka Miraculum, która funkcjonuje już na rynku od ponad 100 lat, wprowadziła właśnie zaawansowaną linię przeciwstarzeniową Pepti Lifting. Najlepiej używa mi się z niej serum pod oczy i na opadające powieki, które zawiera 6 peptydów, kwas hialuronowy, zieloną algę i kofeinę. Kremowe serum aplikuję za pomocą końcówki masującej wykonując ruchy od wewnętrznego kącika do góry i na zewnątrz. Rzeczywiście walczy z wiotkością skóry, a do tego fajnie redukuje cienie i worki pod oczami. Niedługo wrzucać go będę do lodówki dla zintensyfikowania odświeżającego efektu.
Rękawiczki już – mam nadzieję – na dobre zrzuciliśmy, niedługo przyjdzie pora na lżejsze buty, a nawet ich brak. Dlatego coraz ważniejszy jest dla mnie wygląd moich dłoni i stóp. Kremów do rąk używam praktycznie przez okrągły rok, zmieniam tylko ich konsystencje. Paznokcie uwielbiam pielęgnować zestawem marki Neonail – Extreme Nail Repair. Składa się on z trzech etapów: peelingu do płytki paznokcia i skórek, odżywczego serum zmiękczającego w pisaku i utwardzającej odzywki w lakierze. To już mój trzeci zestaw, mogę więc z pełnym przeświadczeniem powiedzieć, że się sprawdza. Pod warunkiem oczywiście, że go regularnie stosujemy. Paznokcie stają się mocniejsze i zyskują ładny zdrowy połysk, skórki miękną i rzadziej się zadzierają. Duża polecajka! Na stopy z kolei nakładam scrub z nowej linii marki Pharm Foot z ekstraktem z miodu manuka. reNEWAL SCRAPER oprócz miodu zawiera także wyciąg z nagietka, witaminę C i kamień wulkaniczny odpowiedzialny za działanie ścierające. Bardzo fajnie wygładza. Stosuję go również do dłoni i łokci. Po zastosowaniu aplikuję krem z tej samej linii. Trzeci ulubieniec z kategorii BODY był sporym zaskoczeniem. Nowa dla mnie marka IDO LAB zgłosiła w konkursie LCA serum ujędrniające do ciała z DMAE, które ma formułę płynnej mgiełki w aerozolu. Gdy pierwszy raz go użyłem pomyślałem: ‘e tam, kolejna mgiełka do ciała, która nic nie robi!’. Jakże się myliłem! Ten delikatny płyn ma super moc! Błyskawicznie i genialnie wygładza, zagęszcza skórę i momentalnie poprawia jej wygląd. A do tego jest tak prostu w użyciu, że - gdyby się uprzeć – nawet nie trzeba go wsmarowywać. Na pewno kupię kolejną butelkę!
Przeczytałem gdzieś, że zima to nie jest pora działania, a ten kto wymyślił postanowienia noworoczne powinien być wtrącony do lochu. No cóż taki jest nasz naturalny rytm i ja się mu w tym roku wybitnie poddałem. Działałem mniej, rozkoszowałem się nicnierobieniem, a wspierały mnie w tym ciemność, dotyk i wyselekcjonowane zapachy sprzyjające relaksowi. Amo’ya to marka kosmetyków i akcesoriów do ciała i kąpieli dostępna w sieci Rossmann. Byłem miło zaskoczony jak doskonale zadziałała na mnie ich linia Wyciszenie (a jeszcze bardziej jak mało to kosztuje!). Otrzymałem całkiem spory zestaw: peeling i masło do ciała, sól do kąpieli, palo santo do palenia, roll-on z wyciszającym zapachem i maskę na oczy. Ta ostatnia to prawdziwy hit! Wykonana z miękkiego lnu i wypełniona lawendą poduszka doskonale relaksuje zmysły, a jej ciężar uspokaja zmęczone codzienną gonitwą oczy. W ogóle polubiłem zimą stosowanie masek na oczy. Gdy potrzebowałem szybkiej turbo drzemki w ciągu dnia wskakiwałem w nową maskę Unplug! marki Kovalite. Jest wyjątkowo miękka i zapewnia całkowite odcięcie od bodźców świetlnych. Widzę już dla niej zastosowanie wiosną i latem! Gdy będę chciał dłużej pospać rano, zastąpi mi żaluzje! Masowaliście się już kiedyś świecą? Ja to bardzo lubię! Doświadczenie łączy w sobie oddziaływanie ciepłem, zapachem i dotykiem nie mówiąc już o korzyściach pielęgnacyjnych dla skóry. W lutym używałem świecy do masażu marki Kanu o zapachu Mango. Skomponowano ją z masła shea, masła kakaowego i olejów migdałowego i z awokado. Topi się i rozgrzewa do odpowiedniej temperatury, która zapewnia optymalną przyjemność masażu. Naczynie w którym ją umieszczono posiada dzióbek ułatwiający wylewanie wosku. Nie potrzeba go wiele, jest bardzo wydajny, a zarazem szybko wchłania się w skórę. Warto też mieć pod ręką parę przyjaznych rąk, które pomogą w osiągnięciu relaksu. Ja miałem to szczęście.
To, że od kosmetyków do makijażu nie stronię, nie powinno być nowością dla stałych czytelników mojego bloga. Dlatego więc w konkursie Love Cosmetics Awards gros kolorowych produktów trafia do koleżanek testerek (w tym profesjonalnych MUA), ale zawsze coś tam uszczknę dla siebie. W tym roku od razu pokochałem dwa produkty – krem BB z wysoką ochroną i kremowy bronzer. SUN DAY SPF 50+ to nowość marki Affect łącząca dyskretny makijaż z wysoką ochroną. Ten lekki krem koloryzujący zapewnia bardzo subtelne krycie, ujednolicenie koloru, ładny glow i pielęgnacyjne korzyści płynące z zawartego kwasu hialuronowego, stabilnej witaminy C, skwalanu i jagód goji. Jest tak łatwy w aplikacji, że nawet ja - facet, mógłbym go nakładać prawie po ciemku i jest nikła szansa, że zrobiłbym sobie krzywdę. Na krem BB od czasu do czasu lubię nakładać nowy kremowy bronzer marki Annabelle Minerals – Sculp Balm. Kolejny kosmetyk, który jest mega user-friendly! Nakładam go – żeby nie powiedzieć paćkam – najzwyczajniej w świecie palcami, a efekt jest zawsze bardzo dobry. Może to efekt dobrze dobranego odcienia. Do mnie genialnie pasuje lekko chłodny Truffle. Zimą dosłownie dodawałem sobie za jego pomocą odrobiny koloru, ale wiosną i latem mam zamiar zaszaleć i na poważnie konturować sobie nim twarz. Na pewno mi starczy na bardzo długo, bo jest ultra wydajny. A potem wystarczy będzie dokupić wkład do bambusowej puderniczki.
GDZIE TEGO SZUKAĆ:
P.ANIKA - www.panikabotanical.pl
One-day you’s - www.trena.pl
Dr. Melaxin - www.trena.pl
Miraculum - drogerie
Pharm Foot - sklep.pharmfoot.com
Neonail - www.neonail.pl
Ido Lab - www.idolab.pl
Amo’ya - Rossmann
Kovalite - www.kovalite.com
Kanu - www.kanunature.eu
Affect - www.affectcosmetics.pl
Annabelle Minerals - www.annabelleminerals.com




