*ULUBIEŃCY MIESIĄCA* - Best of January 2026
To będą zupełnie inni Ulubieńcy.
Bardziej wspomnieniowi. Zupełnie nieperfumowi.
W styczniu nie latałem po perfumeriach, nie testowałem, prawie nie nosiłem perfum. Poznałem jeden zapach ale za to powoli, z uważnością i delikatnością. I to mi odpowiada. Ale i tak mam co wspominać.
Na przykład wycieczkę do Opola, która bardzo fajnie się wpisuje w obecny trend na ‘townsizing’. Miasto, w którym byłem za dzieciaka, odkrywałem od nowa i bardzo mnie ujęło. Swoją kameralnością, pięknym dworcem (posadzka!), urokliwymi drzwiami i hotelowym widokiem na rzekę. Wróciłem tam po wielu latach do Pożegnania z Afryką, z którego przywiozłem sobie ulubione ziarna Maragogype i kubek w stylu Bridgertonów (uprzyjemniał mi oczekiwanie na nowy sezon). Wdepnąłem do opolskiej perfumerii Quality na rynku, ale okazuje się, że się zwija. Pan wyprzedawał resztki towaru w bardzo atrakcyjnej promocji 1 za 2. Nie skusiłem się. Spędziłem za to bite trzy godziny w Muzeum Polskiej Piosenki. Polecam wszystkim! Świetna interaktywna przestrzeń przepełniona muzyczną historią.
Z nowym rokiem zdecydowanie wrzuciłem spowolniony bieg. Styczeń był miesiącem JOMO! Zrezygnowałem z kilku współprac, przestałem śledzić 27 kont na Instagramie, które zawsze mnie denerwowały, ale z jakąś masochistyczną upartością do nich wracałem, uprawiałem mniej doomscrollingu, ba, nawet nie wiem jakie nowe premiery perfumeryjne krążą obecnie w eterze. I bardzo mi z tym dobrze! Do tego doszły czystki w fizycznej przestrzeni życiowej. Wraz z poświątecznymi dekoracjami na strych trafiły dziesiątki perfumowych artefaktów, które nagle w mojej głowie zaczęły mi zagracać dom. I dzięki temu też złapałem oddech.
Było dużo śniegu i dużo mrozu czyli zima jak się patrzy. Wrzucałem więc na skórę typowo zimową pielęgnację – dużo komfortowych konsystencji, ceramidy, lipidy chroniące barierę hydro-lipidową. Szukałem produktów z minimalną ilością zapachu. Tak się złożyło, że jak co roku w styczniu ruszyła nowa edycja konkursu Love Cosmetics Awards, w którym po raz 6 już juroruję. Miałem więc w czym przebierać. I rzeczywiście przebierałem bardzo selektywnie. Wiele kosmetyków, na które kiedyś rzucałbym się z entuzjazmem, teraz jest dla mnie nieznośnie mocno perfumowana. Jeśli kosmetyk nie zdał testu nosa niestety szedł do testerów, nawet jeśli w środku skrywał kosmiczne składniki. Zapachowa cisza w pielęgnacji bardzo mi służy i czuję, że pod hasłem bezzapachowości upłynie mi cała reszta zimy. Poniżej wymienię kilka kosmetyków, które zrobiły na mnie największe wrażenie podczas konkursowych testów.
Oszczędzałem się zapachowo, ale folgowałem sobie często w styczniu kulinarnie. Zjadłem pyszną pizzę w nowo otwartym lokalu Tutti Santi w moim mieście, w cukierni Sowa (też nowość w Częstochowie!) przypomniałem sobie smak początku XXI wieku czyli tortu Dakłas na który chodziłem mieszkając w Poznaniu do Starego Browaru, w Fusy Bistro Bar zaś zaliczyłem kolejny fajny cupping kawowy, tym razem z mikro palarnią z Warszawy Nolens Volens. A na swoje imieniny ugotowałem cały gar zupy tajskiej. Obowiązkowo z kolendrą!
No ale nie samym jedzeniem i piciem człowiek żyje, prawda? Była też strawa dla ducha! Piękny film „Ścieżki Życia”, wernisaż i genialny koncert Vivaldi Experience (Stanisław Słowiński + InfraArt) w częstochowskiej filharmonii. Ten ostatni gorąco wszystkim polecam!
Spójrzcie teraz, które produkty uprzyjemniały mi styczniowe chwile. Szukałem w nich głównie spokoju, ukojenia i elementu less is more. Jeśli jesteście akurat w podobnym momencie życia możliwe, że Was zainspirują
Stand Up Bravely nowej w Polsce marki To My Ships trafił do mnie w momencie, w którym zapachy przestały być oczywistością. Nie testowałem go na skórze. Najpierw poczułem go na bibule w paczce, potem — bardzo ostrożnie — rozpylałem w powietrzu, w sypialni. Jakby to był zapach do oswojenia, a nie do sprawdzenia. Bez presji, bez „ile godzin trzyma”, bez klasycznego start–serce–baza. Raczej obecność niż projekcja. I to było zaskakująco komfortowe. To zapach prostolinijny i bezpretensjonalny. Cytrusowa świeżość otwarcia — bergamotka, która pachnie tu lekko grejpfrutowo — szybko łączy się z wyraźną aromatycznością. Majeranek, składnik rzadko spotykany w perfumach, nadaje całości ziołowego charakteru i przyciąga uwagę właśnie swoją nieoczywistością. Jest w tym zapachu coś bardzo „porannego”: czystość, klarowność, spokój. Widzę go jako idealne domknięcie porannej toalety — tym bardziej że w tej samej linii zapachowej znajdziemy też żel pod prysznic i dezodorant. To nie jest zapach, który chce grać pierwsze skrzypce. On raczej porządkuje przestrzeń wokół.
Moja twarz na początku roku nie była powodem do dumy. Zimą potrafi strzelać fochy. Przesuszenie, nadwrażliwość, ciągłe zaczerwienienia i krostki. Postawiłem więc w styczniu na zredukowaną i bezzapachową pielęgnację skupiającą się na wyciszeniu, uspokojeniu i odbudowie bariery hydro-lipidowej. Z pierwszą pomocą przyszła linia do cer atopowych Medity+. To uniseksowa, dermokosmetyczna podmarka Laboratorium Ava. Bogata emulsja do mycia i nadzwyczaj lekki krem zrobiły swoje. Skóra się uspokoiła i odzyskała swój komfort. Wszystko dzięki ceramidom, sfingolipidom, skwalanowi, wąkrotce azjatyckiej i prebiotykom. Dodam, że wspierałem się także rozkładaniem wilgotnych ręczników na kaloryferach i dyfuzorem, o którym więcej za chwilę. Dwóch kolejnych ulubieńców to reprezentanci K-Beauty, która jest bardzo obficie reprezentowana w tegorocznej edycji konkursu Love Cosmetics Awards. Marka APLB i jej antyoksydacyjna linia z niacynamidem i glutationem zachwyciła mnie swoją bezzapachowością, delikatnością i szerokością oferty. Najbardziej pokochałem olejek do mycia twarzy, mgiełkę i lekki krem z SPF50. Ciekawostką jest fakt, że wszystkie produkty w tej linii mają dokładnie taką samą cenę. Koreańską markę CLIV znałem już wcześniej. W tym roku zwróciła moją uwagę niebieską linią z karnozyną. Tu bardzo przypadła mi do gustu Carnosine Dual First Essence czyli dwufazowa esencja będąca charakterystycznym etapem koreańskiej pielęgnacji. Uwielbiam taką konsystencję – niby oleista, ale zupełnie nietłusta. W składzie połączenie wspomnianej karnozyny, retinolu, kwasu hialuronowego i cica (kolejny hit LCA 2026!). Karnozyna to składnik, który zapobiega degradacji kolagenu w skórze. U mnie ta esencja latem będzie mogła robić za całościową pielęgnację!
Ceramidy to zimowy hit, nie ma się więc co dziwić, że znalazły się także w moim ulubionym produkcie do ciała. Całą linię poświęconą temu składnikowi stworzyła marka Yonelle. W Nutrifusion znajdziemy bogate produkty do twarzy, do ust i do całego ciała. Od razu chwyciłem za tubę z ultra naprawczym kremem do ciała o działaniu anti-aging. To prawdziwy eliksir dla skór suchych i wrażliwych. Wtapia się w skórę, redukując szorstkość, matowość i zaczerwienienia. Poprawia jędrność, elastyczność oraz otula skórę komfortem. Zapewnia efekt jak po luksusowym, regenerującym zabiegu w spa. I to widać gołym okiem już po pierwszym użyciu! Dla wzmocnienia efektu w kąpieli korzystałem regularnie z jedwabnej rękawicy do peelingu SYLKY. Jest wykonana z najwyższej jakości naturalnego, surowego jedwabiu, dzięki czemu ma właściwości złuszczające i oczyszczające. Jej struktura nie powoduje efektu tarcia, ale zapewnia przyjemny masaż. Delikatność i miękkość sprawiają, że świetnie nadaje się do stosowania nawet na wrażliwą skórę. Aby wykonać peeling rękawiczką, wystarczy tylko użyć wody. Nie potrzebne są produkty myjące (można natomiast użyć ich przed masażem). A na koniec nieodzowny motyw zimowy czyli ręce. Wśród dziesiątek kremów jakie trafiły w moje (i na moje) ręce pragnę wyróżnić ten od Ministerstwa zwanego dawniej Ministerstwem Dobrego Mydła. Krem nazywa się Szafran, choć dla mnie bardziej pachnie imbirem. Mniejsza o nazwę, ważne, że zapach – choć w miarę intensywny w ogóle mnie nie drażni. A w środku same dobroci przy bardzo przyjaznej konsystencji: alantoina, pantenon, witaminy E i F, kompleks składników korneomimetycznych i ekstrakty rozjaśniające. 97,8% naturalnych składników i fajna metalowa tubka, która ma szansę spodobać się facetom.
Nowej, stymulującej serii do włosów BasicLab używam już od ubiegłego roku. Mogę więc rzetelnie ją ocenić. Nie zmagałem się z jakąś dramatyczną utratą włosów, ale stosowanie tych kosmetyków zdecydowanie je wzmocniło, a w wannie nie znajduję już zupełnie nic po myciu. Na co dzień stosuję szampon i serum. Raz na tydzień peeling i stymulator. Używając tego ostatniego trzeba być przygotowanym na działanie rozgrzewające i możliwość zaczerwienienia skóry. Pierwszy raz się wystraszyłem, ale nie ma czego, bo efekt po czasie znika. We wszystkich kosmetykach znajdziemy witaminę B6, niacynamid i chyba najciekawszy składnik czyli fermentowany ekstrakt z żeńszenia. Serum stymulujące BasicLab stosuje wymiennie z dwoma innymi produktami do scalpu. Pewnie nie raz już wspomniałem, że mam na punkcie jego pielęgnacji małego hopla. Gdy potrzebuję odświeżenia i dobrego nawilżenia sięgam po Scalp Vitality Replenishing Essence marki Joico w postaci lekkiej mgiełki. Formuła jest tak lekka, że jak już w końcu przyjdzie wiosna i lata zamierzam ją stosować nawet w ciągu dnia dla odświeżenia głowy. W postaci nocnej kuracji stosuję natomiast serum przeciwstarzeniowe do skóry głowy marki Anwen. Bohaterem tego specyfiku jest tripeptyd miedzi, który stymuluje naprawę i przebudowę skóry. Są tu też aktywne fermenty, kwas hialuronowy, roślinny kolagen i organiczna esencja ze skórek mandarynek, która zwiększa ilość melaniny w mieszkach włosowych, tak istotnej w procesie siwienia włosów. Nie powiem, ten ostatni argument był dla mnie najbardziej przekonujący. Serum ma formułę lekkiego przeźroczystego żelu.
W styczniu otrzymałem od marki Atelier des Ors przepiękny kofret zawierający dwa mieniące się złotem pachnidła. Wyszedł on dla uczczenia 10 lecia marki, które spięto w waniliową klamrę. W 2016 światło dzienne ujrzał niezwykły waniliowy zapach Lune Feline. Wszedł w skład premierowej szóstki i do dziś pozostaje bestsellerem. Lune Feline to ciemna strona wanilii uwydatniająca jej ambrowe, balsamiczne i korzenne aspekty. W kontraście do tej kompozycji powstała niedawno Novae Vanilla, na której premierze miałem przyjemność być w Perfumerii Quality w grudniu. To wanilia świetlista, słoneczna, upiększona mimozą. Zapachy na dwa różne nastroje, na dwie różne okazje i może pory roku, ale przepięknie się uzupełniające. Póki mój perfumeryjny detoks trwa cieszę oko widokiem ich flakonów. A te zdecydowanie należą do jednych z moich ulubionych. Uwielbiam wprawiać ten złoty pył w ruch. Tak niewiele trzeba by zadziała się magia…
Kiedy wszystkie świece, patyczki i kadzidła poszły w odstawkę, wjechał on, mój nowy ceramiczny dyfuzor od HomeAir w kolorze PURE GREY z katalogu Pantone. Bo tak zupełnie bez zapachów jednak trudno mi żyć. Do dyfuzowania używam najlepszej jakości olejków eterycznych Young Living. Używam ich od wielu lat i jestem przekonany o oferowanej przez markę jakości, czystości i właściwościach terapeutycznych. Mój nos reaguje na nie bardzo dobrze. Nic mnie nie drażni, nie przytłacza, nie dusi. Moją ulubioną mieszanką stycznia był cytrusowy tercet: cytryna, limonka, trawa cytrynowa. Dyfuzor jest lekki, ładnie wygląda we wnętrzu, olejki dyfuzuje bez podgrzewania. Jest zaopatrzony w timer i ledową lampkę w różnych kolorach. Dodatkowo fajnie nawilża powietrze we wnętrzu. Sam sobie sprezentowałem go na imieniny i póki co służy mi bez zarzutów. Zdradzę też, że w lutym już kupiłem specjalnie do niego nowy olejek. Piękny i mocny i znowu niedrażniący zmysłów. Jaki? Pewnie przeczytacie o nim w Ulubieńcach Lutego…
GDZIE TEGO SZUKAĆ:
To My Ships: Galilu
Cliv: Hebe
APLB: www.aurashop.pl
Yonelle: www.yonelle.pl
SYLKY: www.ikosmetyki.pl
Ministerstwo: www.ministerstwodobregomydla.pl
BasicLab: drogerie
Joico: Douglas
Anwen: www.sklepanwen.pl
Atelier des Ors: Perfumeria Quality
HomeAir: www.homeairpolska.pl




