ja5.jpg

Hi!

Witaj w świecie Charliego! Make yourself at home and smell the roses!

*NOWE ZAPACHY* - Diptyque Tempo i Fleur de Peau

*NOWE ZAPACHY* - Diptyque Tempo i Fleur de Peau

Ktoś mnie kiedyś zapytał czy podpisałbym cyrograf z jedną marką perfumeryjną. Dostaję zapas ich produktów do końca życia, ale pod okrutnym warunkiem – będę używał tylko i wyłącznie zapachów tej jednej jedynej marki. Większość perfumoholików by się pewnie obruszyła. Ja w pierwszej chwili też. Jest jednak marka, która potencjalnie mogłaby skusić mnie do podpisania takiego diabelskiego dealu. Bo są marki, które się lubi, są takie, które się kocha i w końcu takie, z którymi człowiek się utożsamia, w których wszystko od A do Z pasuje jak ulał. Flakony mają tu kształt idealnie stworzony do dłoni, zapachy rozpieszczają szeroka gamą możliwości, a za każdym z nich stoi historia, która wraz z uderzeniem molekuł o skórę uruchamia barwne obrazy, zabiera w nieznane miejsca, przenosi w inne czasoprzestrzenie. Marki, w których artyzm zachwyca, ale nie onieśmiela, w których bogactwo jest powściągnięte rygorem czarno-białej linii, a ich hasła wypisane są na flakonach prostymi, ale niezdyscyplinowanymi literami. Takie marki sprawiają, że człowiek nie zatrzymuje się na zapachu, ale idzie dalej, szuka więcej. Czyta, grzebie, porównuje. Przeżywa olśnienia i z przyśpieszonym biciem serca czeka na nowe propozycje i – co ważne – wie, że się nie zawiedzie. Idealizm? Zaślepienie? Fanatyzm? Może. Ale jakie piękne.

2303.JPG

 

Być świadomie zanurzonym w historii nie tracąc przy tym nic ze swojej młodzieńczej ciekawości? To zadanie paryska marka Diptyque zdaje na piątkę z plusem! Od początków swojego istnienia, kiedy to trzech przyjaciół artystów założyło niepozorny butik na rogu Boulevard Saint Germain w 1963 roku, artyzm, historyczne korzenie, wyrafinowanie połączone z awangardą i ciekawość świata są wpisane w DNA firmy. Desmond Knox-Leet – malarz, Christiane Gautrot – projektantka wnętrz i Yves Coueslant – projektant dekoracji teatralnych połączeni wspólną pasją do rzeczy pięknych tworzą na początku lat 60 coś w rodzaju ‘gabinetu artystycznych osobliwości’. Ich butik to protoplasta dzisiejszego concept store, szykowny bazarek gdzie oferuje się rzeczy wysmakowane, egzotyczne i rzadkie. To miejsce gdzie sprzedaje się swoiste, ocierające się o artystyczną bohemę, joie de vivre. Jako, że sklep ma dwa okna wystawowe, właściciele postanawiają nazwać go Diptyque. Miejsce wypełniają lampiony, tkaniny, porcelana, notatniki, zabawki, pachnące poutporri, pamiątki z dalekich podróży, z czasem również zapachowe świece, które później staną się najlepiej rozpoznawalnym symbolem marki.

Dokładnie w tym samym czasie atmosfera w Paryżu zaczyna gęstnieć. Młode pokolenie rozczarowane konserwatywną i imperialistyczną polityka de Gaulle’a coraz dobitniej wyraża swoje niezadowolenie. W powietrzy czuć ferment, bunt i zapach zbliżającej się, odświeżającej wolności. W 1968 roku studenci na podparyskim uniwersytecie w Nanterre domagają się koedukacyjnych akademików. Tym samym uwalniają kulę śniegową, która przetoczy się przez całą Francję, Europę i świat. Do buntu przyłączają się robotnicy, a rewolucja seksualno-kulturalna zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Jej główne hasło to: „Unbutton your brains, unbutton your trousers!” To początek kreatywnej, libertyńskiej dekady z długowłosymi i brodatymi hipisami, pierwszymi czarnoskórymi sportowcami na olimpijskich podiach i wznowioną fascynacją duchowością, egzotyką i nieznanymi poziomami świadomości. To nowa Era Wodnika żyjąca rytmem musicalu Hair, przebojem the Beatles – Revolution i mniej lub bardziej duchowymi wyprawami do Indii. Stamtąd przywozi się egzotyczne zapachy będące symbolem nowego, zbuntowanego pokolenia – ezoteryczne i psychodeliczne piżmo i olejek paczulowy. W połączeniu z dymem Gauloises Bleu i gazem łzawiącym rozpylanym przez policję, te dwa składniki staną się olfaktorycznym symbolem dekady.

DimitriRybaltchenko_FleurdePeau_5.JPG

 

Dokładnie w tym samym czasie marka Diptyque lansuje swój pierwszy zapach stworzony przez samozwańczego nosa – Desmonda Knox-Leeta i nazywa go po prostu L’Eau. Pierwsza woda jest ciepłą mieszanką kwiatów i przypraw nawiązującą do średniowiecznych pomanderów. Zawiera płatki róży, cynamon, skórkę pomarańczową, geranium, drewno sandałowe i goździki. Celem jest przeniesienie przeszłości do teraźniejszości. Stworzenie zapachu czerpiącego z historii, ale umiejscowionego tu i teraz, niszowego i nie ograniczonego podziałem na płci. Ciekawostką jest, że od tamtego czasu każda kolejna woda Diptyque zawiera w swojej nazwie dźwięk ‘o’ (Oponé, Tam Dao, Ofresia, Eau des Sens, Olène). Innym stałym elementem w kreowanych przez markę zapachach ma być tzw. ‘olfactory accident’ czyli dodanie do składu zaskakującej nuty, która przełamuje schemat, tworzy nowe połączenie lub jest swoistym wykrzyknikiem w całej kompozycji.

W tym roku mija dokładnie 50 lat od stworzenie L’Eau, a marka Diptyque postanawia ten jubileusz uczcić lansując dwa inspirujące zapachy, które z jednej strony są ukłonami w stronę dekady, w której wszystko się zaczęło, z drugiej zaś pozostają kompozycjami na wskroś nowoczesnymi i nowatorskimi. Na warsztat perfumiarski nos marki – Olivier Pescheux – wziął dwa składniki emblematyczne dla lat 60 – paczulę i piżmo. To wspaniały wybór, bo Diptyque do tej pory nie miało kompozycji zbudowanych wokół tych akordów.

TEMPO-34 (Copy).jpg
paczulatempo.jpg

 

Tempo to wibracja ezoterycznej paczuli, ulubionego składnika młodzieży pokolenia Flower Power. Rozbrzmiewa jak echo tamtych lat, jak muzyka grana na egzotycznych instrumentach przywożonych z Indii wraz z ostrym paczulowym olejkiem. Rysuje obraz smugami niczym henna i ołówek kohl tak bardzo ukochane przez hipisów. Jednak paczula w Tempo jest o wiele przyjemniejsza dla nosa od tej klasycznej, czystej, której liście od wieków służyły do odstraszania insektów. W kompozycji znajdziemy trzy różne jej ekstrakcje pochodzące z ekologicznych upraw na indonezyjskiej wyspie Sulawesi. To zapach wilgotnej ziemi, pośród ogromnych paproci, u podnóża wysokich drzew tekowych. Zmiękcza go kamforowo brzmiący absolut maté. Zielonych akcentów dodaje liść fiołka. Całość wybrzmiewa zapachem ziaren dzikiego kakaowca. Różowy pieprz, bergamotka i jaśmin dodają koloru i światła, a akord ambrowy (skomponowany z szałwii i ambrofixu) i piżmo seksapilu. Charakterystycznym „zapachowym wypadkiem” w wodzie perfumowanej Tempo jest kontrast między ostrością i zielonością liścia fiołka i maté oraz miękkością i mchowym aspektem olejku paczulowego.

FLEURDEPEAU-34.png
irysfleur.jpg

 

Fleur de Peau – adekwatnie do nazwy – jest zapachem ludzkiej skóry oddanej przez czyste piżmo. Rewolucja seksualna lat 60 przyniosła wzmożone zainteresowanie i otwarcie na kwestie cielesności. Na fali zainteresowania hinduizmem, popularna w Europie zaczęła stawać się joga. Młode pokolenie zachłysnęło się wszystkim co wschodnie – medytacją, transcendencją, wegetarianizmem, tantryzmem. Na ustach wszystkich była wolna miłość. Make love, not war! Fleur de Peau łączy w sobie te dwa aspekty – cielesności i transcendencji – wyzwalając naturalnie piękne piżma uzyskane bez okrucieństwa. Otwarcie jest żywe i przestrzenne. Bergamotka z pomarańczą oraz odrobiną różowego pieprzu dryfują na falach unoszących zapach do góry aldehydów. W sercu do głosu dochodzi piżmo tańczące między nutami skórzano-pudrowymi (irys) podbite dodatkowo ambrettolidem, który dodaje piżmowości nasionom ketmii piżmowej. To introwertyczne serce rozświetla kropla tureckiej róży, która prowadzi nas do korzennej bazy przywołującej na myśl ziemistość i wilgoć winnej piwniczki. To w niej jeszcze długi czas swój cielesny aromat roztaczać będzie szara ambra. Fleur de Peau jest synonimem naturalności i intymności. Pachnie jak skóra, a może to raczej skóra powinna tak pachnieć. Relaksuje, wprowadza w błogi nastrój, uspokaja. To cielesne piękno spod sztandarów Love&Peace.

 Olivier Pescheux

Olivier Pescheux

 

Diptyque nie byłoby sobą gdyby poprzestało na samej mieszance nut zapachowych zatopionej w alkoholowym roztworze. Tu zawsze dzieje się dużo więcej. Zawsze jest jakaś historia, którą odnajdujemy na kultowych biało-czarnych etykietach-medalionach. I co ważne – po obu ich stronach! Grafiki dla pierwszych zapachów wykonywał tuszem sam Desmond Knox-Leet. W późniejszych latach tradycja ta kontynuowana była przez starannie dobieranych artystów czerpiących inspiracje z przyrody, podróży i sztuki antycznej. Meczet na flakonie Eau Duelle, parowiec sunący po morskich falach na etykiecie Volutes czy odpoczywająca pod baldachimem nad zatoką tonkińską kobieta w tuberozowym Do Son. W przypadku dwóch nowych kompozycji nie mogło być inaczej. Ilustratorka Sofia Ouares stworzyła dla zapachu Tempo wizję szamana rytualnie komunikującego się z lasem, który jest naturalnym domem krzewów paczuli. W lesie tym nieskrępowanie żyją duchy i zwierzęta. Na odwrocie, poprzez pachnący płyn, dostrzec można z kolei wulkan na indonezyjskiej wyspie nieprzerwanie użyźniający swoim popiołem tropikalną ziemię. Świat psychodelii oddał z kolei na flakonie Fleur de Peu Dimitri Rybaltchenko. Inspiracją był grecki mit o księżniczce szaleńczo zakochanej w synu Afrodyty. Na grafikach artysty oplata go w snach swoim ciałem. W rozwinięciu historii na odwrocie, kochankowie (Eros i Psyche) zostają zjednoczeni, a owocem tej unii jest córka i bogini rozkoszy Hedone przedstawiona pośród majestatycznych kwiatów irysa.

 

Nowoczesność i historia. Podążanie naprzód nieustannie oglądając się za siebie i dookoła siebie.   Takie jest Diptyque. Marka świadoma swoich korzeni, ale silnie umiejscowiona w chwili obecnej. Marka totalna proponująca totalne koncepty pełne niedopowiedzianego piękna łączącego klasykę i awangardę. Tu wszystko ma swoje miejsce – klasycyzujący owal, historia malowana tuszem, niepokorna czcionka, zapachowa mieszanka z zaskakującym twistem i kultowy już dziś adres, pod którym pół wieku temu wszystko się zaczęło.

Przypomnijcie mi. Czy cyrograf podpisuje się krwią?

 

WORD OF THE DAY #14

*TYDZIEŃ Z JEDNYM SKŁADNIKIEM* - RÓŻA

*TYDZIEŃ Z JEDNYM SKŁADNIKIEM* - RÓŻA