To My Ships - Stand Up Bravely
Stand Up Bravely trafił do mnie w momencie, w którym zapachy przestały być oczywistością. Nie testowałem go na skórze. Najpierw poczułem go na bibule w paczce, potem — bardzo ostrożnie — rozpylałem w powietrzu, w sypialni. Jakby to był zapach do oswojenia, a nie do pochłonięcia. Bez presji, bez „ile godzin trzyma”, bez klasycznego start–serce–baza. Raczej obecność niż osiągi. I to było zaskakująco komfortowe….
To zapach prostolinijny i bezpretensjonalny. Cytrusowa świeżość otwarcia — bergamotka, która pachnie tu lekko grejpfrutowo — szybko łączy się z wyraźną aromatycznością. Majeranek, składnik rzadko spotykany w perfumach, nadaje całości pikantnie ziołowego charakteru i przyciąga uwagę właśnie swoją nieoczywistością. Jest w tym zapachu coś bardzo „porannego”: czystość, klarowność, spokój. Widzę go jako idealne domknięcie porannej toalety — tym bardziej że w tej samej linii zapachowej znajdziemy też żel pod prysznic i dezodorant. To nie jest zapach, który chce grać pierwsze skrzypce. On raczej porządkuje przestrzeń wokół.
To My Ships to londyńska marka, która wystartowała w 2024 roku, a jej nazwa i nazwy produktów czerpią z Iliady Homera (w tłumaczeniu Roberta Faglesa). Literackie odniesienia nie są tu jednak manifestem — raczej tłem dla przemyślanej, powściągliwej estetyki i bardzo wysokiego udziału składników pochodzenia naturalnego (99,67%). Stand Up Bravely nie próbuje nikogo przekonywać. I być może właśnie dlatego tak dobrze wpisuje się w moment, w którym uczę się z zapachami nie spieszyć.
A Wy potraficie czekać na zapachy?
[Flakon jest prezentem od perfumerii Galilu]




